Było już naprawdę super, w sobotę co prawda zjadłam sporo, ale zmieściłam się w granicach rozsądku, więc tragedii by nie było, gdyby nie niedziela. Postanowienie od dzisiaj. Nie zabieram ze sobą na uczelnie w weekendy ani złotówki!! Nie dość, że się nawpierdalałam czekolady, to jeszcze wydałam kupę kasy, bo na uczelni jest drogo. Jedyne usprawiedliwienie mam takie, że bardzo się źle czułam, a musiałam dotrwać do końca zajęć. Ale sądzę, że jeden czekoladowy batonik by wystarczył... No trudno. Kiedy wróciłam do domu, to dalej jadłam, jakieś płatki z cukrem i inne syfy, ale skończyło się na tym, że zjadłam jajko sadzone (sama bym sobie nie zrobiła, bo już się kładłam spać, ale tata zrobił), zrobiło mi się niedobrze i zwróciłam wszystko. Dzisiaj zaczęłam dzień od kawy i owsianki, planuję jeszcze 1-2 kawy i koktajl białkowy. Postanowiłam nie iść na zajęcia, pójdę na spacer z psem, spotkam się z przyjaciółką na kawie, zrobię jakiś trening (bieganie + siłownia? - dopiero zaczęłam odkrywać uroki treningu siłowego, więc jeszcze kompletnie się na tym nie znam), a później będę się uczyć. W czwartek mam kolokwium. Więc plan jest taki - dzisiaj uczę się teorii, ogarniam notatki, dowody twierdzeń itd, jutro powtarzam teorię i robię zadania z ćwiczeń do każdego działu, w środę rozwiązuję zadania z tego kolokwium z poprzednich lat. Do dzieła! Mam jedenaście dni na zrzucenie około 2 kg.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz